czwartek, 16 lutego 2012

RÓŻNOŚCI

Dziś przed pójściem na wykład zaczęłam przygotowywać materiały do nauki języka polskiego. Tak trudno ogarnąć wszystko, kiedy nie ma się jeszcze - poza podstawami podstaw wiedzy teoretycznej - żadnej praktyki w nauczaniu. Obcokrajowców, znaczy się. Z dziećmi i młodzieżą do czynienia miałam nieraz. Ale takie szukanie nie tylko pobudza szare komórki. Podnosi adrenalinę i każe dać z siebie wszystko. Może za bardzo się ekscytuję, ale to nic - lepiej się cieszyć, niż marudzić! 

z Olgą w parku (tu widać moją opaloną twarz)
Tina, też współlokatorka
nocne życie Lizbony
co by tu robić w następnym tygodniu?

środa, 15 lutego 2012

POŁOWA

Połowa wyjazdu za mną. Nie biegam już całymi dniami i nie zwiedzam – zaczęłam tu po prostu mieszkać. Przyzwyczaiłam się do miasta, do jeżdżenia metrem i autobusami w różne strony, nawet do trybu życia. Godziny snu i wstawania trochę mi się poprzestawiały, cóż zrobić. Nie czuję się tutaj obco – nic a nic. Robię też mniej zdjęć, więc dziś nie mam Wam za wiele do pokazania. Jedynie drzewa owocowe i moje podręczniki do nauki.

W niedzielę wieczorem zmieniłam miejsce pobytu, spod lotniska przeniosłam się do dzielnicy Benfica (ci, co się interesują piłką nożną, znają też drużynę). Do centrum dojeżdżam spod domu. Okolica ładna, bo nieopodal park i kompleks leśny. No i Lidl. Po podwórku biega Olga, czarna dwuletnia suczka. Przyjazne psisko, więc się zakolegowałyśmy. Niestety, nie bardzo chce mnie słuchać, ale może to wina tego, że mówię do niej po polsku. Byłyśmy wczoraj na spacerze – jak się uda, dziś też ją zabiorę. Od wczoraj pogoda przepiękna, ciepło jakby nadeszła wiosna.

Poza aklimatyzacją, postanowiłam się rozwijać. Poszłam więc w poniedziałek na uniwersytet, pełna zapału do nauki. Nie mogę chodzić na lekcje organizowane dla Erasmusów, dlatego wybrałam sobie przedmioty spośród planu studentów portugalskich. Zadowolona i przejęta tym, co się za chwilę wydarzy, krążyłam po budynku, czekając na odpowiednią godzinę. Niestety dwie puste sale, bez choćby połowy studenta czy profesora, dały mi do myślenia. Co się okazało? Byłam (nie)szczęśliwą posiadaczką planu na poprzedni semestr. Zdobyłam nowy i ostatecznie za cały poniedziałek uczestniczyłam w jednym wykładzie – z kulturoznawstwa. Czynnie. Musiałam się wszystkim przedstawić i opowiedzieć o sobie. Było śmiesznie.

Wczoraj na zajęcia już nie poszłam. I nie dlatego, że mi się odechciało, ale przede wszystkim, że zanim zaczną się normalne lekcje, najpierw jeszcze muszą minąć te organizacyjne. Słuchanie o warunkach zaliczenia średnio mnie interesuje – wolę zostać w domu i obejrzeć film, np. o mumiach Inków. Potem przestudiować książkę dla dzieci (składnia jak składnia, ale słownictwa mnóstwo!) i wyjść gdzieś, gdzie mogę po prostu mówić.

Tak właśnie mijają moje dni. Dziś w planach: film, książka, przygotowanie lekcji j. polskiego i spotkanie Couchsurferów. I dużo słońca.   


niedziela, 12 lutego 2012

Está bem!

Cada dia aqui é único. Começo me a acustumar à vida em Lisboa. No início as diferenças entre Polónia e Portugal foram grandes para mim – especialmente por ter de me levantar mais tarde e também por dormir a horas tardias. O primeiro encontro às 23.00 fui estranho ("porquê tão tarde?"). Agora sei que aqui é normal. Antes desconhecia – na Polónia estou acustumada a encontrar-me com as pessoas às 18-19.00. Mas, depois duas semanas em Portugal e duas noites na discotecas, já estou habituada. Conheço mais e mais pessoas, tenho amigos, tenho o que fazer durante os dias. Sinto-me otimamente aqui!

A minhas férias vão a meio, e o primeiro "episódio" da minha viagem está a acabar. Hoje vou mudar para a nova casa e amanhã inicio as aulas na universidade. Vamos ver como será.


sobota, 11 lutego 2012

CASCAIS I OCEAN

Wczoraj byłam na wycieczce w Cascais i nad Atlantykiem (oprowadzenie po mieście - jak zwykle dzięki Couchsurfingowi). Poniżej fotoreportaż.

Z Joao, przewodnikiem po Cascais
droga nad Atlantyk
zachód słońca zza skały

piątek, 10 lutego 2012

MAŁE ODKRYCIA

To wszystko, o czym uczyłam się w teorii, przychodzi do mnie w postaci praktyki. I mimo że znam tę pierwszą, druga codziennie sprawia, że czuję się, jakbym dokonywała kolejnych odkryć. Nie są to rzeczy wielkie – czy jednak muszą być takimi, żeby zdumiewać lub cieszyć?

Powoli przyzywczajam się do tutejszego trybu życia. Dzień przesunięty jest o kilka godzin – wstaje się później i znacznie później chodzi spać. Z tym wiążą się wszystkie powszednie czynności, takie chociażby jak jedzenie. Ciepła kolacja w postaci pełnego drugiego dania o 22.00 jest normą. Tu nie ma mowy o ostatnim posiłku przed 20. (czy nawet 18.). I tak wciąż jestem najwcześniej wstającą osobą w domu, w związku z czym moje dni są bardzo długie. 

Następna różnica dotyczy przyjmowania gości. Kiedy przychodzi wieczór, czy to dzień powszedni, czy weekend, ludzie wychodzą na dwór. Tu nie ma zwyczaju robienia "domówek". Bierzesz, wychodzisz i masz problem z głowy. Nie musisz nic przygotowywać ani potem sprzątać. Godzina wyjścia? 23-24.00. Kiedy pierwszy raz miałam wyjść i się spotkać o 23.00, nie umiałam zacząć myśleć w kategoriach portugalskich. 23.00 toż to przecież noc! Normalnie o tej porze nie zaczynam życia towarzyskiego, tylko kładę się spać. Albo przynajmniej jestem już po kilku godzinach siedzenia ze znajomymi.

Inna sprawa to bezpieczeństwo. Sama po zmroku w Katowicach wychodzę tylko wtedy, kiedy naprawdę muszę – lepiej nie kusić losu i nic w tym dziwnego. Tymczasem – tak jak Wam pisałam – w środę ochłonęłam już po pierwszym szoku związanym z godzinami spotkań i poszłam na spotkanie Couchsurferów. Zaczęło się o bardziej ludzkiej porze, bo o 21.30. Na ulicach tłumy. Wracałam w miarę wcześnie (północ), bo wolałam nie spóźnić się na metro – tłumy. Czułam się jak w dzień, tylko po ciemku.  

Samo spotkanie było świetne – organizowane jest co tydzień, więc może załapię się jeszcze na dwie odsłony. Rozmawialiśmy po portugalsku. Uwielbiam rozmawiać w tym języku! Sklecam zdania na poziomie przedszkolaka, a wszyscy i tak mi mówią, że "świetnie mówisz, brawo, brawo!". Mimo że mam świadomość swoich ułomności, zawsze w takiej sytuacji serce mi rośnie, a próżność zostaje nasycona. Lepiej się uczyć, kiedy widzi się, że wszyscy wokół starają się zrozumieć. Więcej nawet, od razu korygują błędy w myśl zasady "jak się uczysz, to się ucz od razu porządnie". Czasem trudno dokończyć mi zdanie, ale co tam.

Dzięki temu, że poszłam na spotkanie, poznałam nowych ludzi i dziś jadę do Cascais. Jak dobrze pójdzie, wypożyczymy rowery (za darmochę) i pojeździmy wzdłuż wybrzeża. Wieczorem tańce. I jutro też. Ten tydzień pod względem towarzyskim był i będzie zdecydowanie intensywny. Można ten wyjazd nazwać mini-Erasmusowym.

Jutro napiszę po portugalsku. W niedzielę się przeprowadzam – zasiedziałam się u mojego hosta i wypada wreszcie zmienić lokalizację. Nie wiem, jak będzie z dostępem do Internetu, niemniej jednak postaram się być z Wami w kontakcie. Udanego weekendu! 


PS
Oglądam sobie statystyki bloga i myślę: "ale fajnie, nawet ludzie z Portugalii mnie czytają!". Żyłam w tym przekonaniu przez tydzień. Wczoraj albo przedwczoraj zorientowałam się, że to przecież ja sama jestem w Portugalii i "nabijam" wejścia na licznik. Nie ma to jak refleks szachisty! 

Jakby ktoś kolekcjonował zdjęcia prania, mogę ich zrobić setki
Tu jeszcze telewizor gratis
Szerokość uliczek w Lizbonie
Uczę się, a jak!

środa, 8 lutego 2012

COŚ ZA COŚ

Ledwo wyjechałam, a telefony zaczęły się urywać. W związku z tym, że jeszcze przez jakieś pięć tygodni będę w drodze, straciłam szansę na uczenie przynajmniej trojga obcokrajowców języka polskiego. Ogłoszenie, że mogę to robić, wisi wprawdzie od października, ale jak widać, nie mam szczęścia (albo mam, kto tam wie...). Coś za coś – teraz robię równie ciekawe rzeczy. I mam jednocześnie nadzieję, że kiedy wrócę, też ktoś się do mnie odezwie w tej sprawie.

Dzisiejszy dzień upłynął między innymi pod znakiem szukania mieszkania dla znajomej z Francji, która przyjechała do Lizbony na Erasmusa. Służyłam za tłumacza – zabawa przednia! Wprawdzie właściciel mieszkania mówił przez telefon tak szybko, że musiałyśmy jechać na miejsce, bo nie byłam w stanie go zrozumieć, ale kiedy już spotkaliśmy się na żywo, problem ze skomunikowaniem się zniknął.

Poza tym odwiedziłam antykwariat na Chiado i kupiłam dwie pocztówki: z 1902 i 1905 roku. Umieszczam je poniżej. Wraz ze zdjęciami potwierdzającymi, że piję tu dużo kawy i jem tyle samo słodyczy. 

A zaraz lecę na spotkanie Couchsurfingowców. 

SZTUKA ULICZNA I PLACKI

Jak wielu z Was wie (bo ogląda na przykład moje zdjęcia w albumie na Picasie), lubię robić zdjęcia ścianom, chodnikom i wszystkiemu, na czym ludzie tylko tworzą. Poniżej kilka przykładów, razem ze zdjęciami z produkcji placków ziemniaczanych.

PS
Właśnie się zorientowałam, że ostatni wpis dodałam 2 dni temu. Cieszę się, że to dostrzegacie, że pytacie, co tak rzadko i że chcecie więcej. Spodziewałam się raczej reakcji odwrotnej pt. "Czemu tak często piszesz? Nie nudź!".
W poniedziałek odwiedziłam uniwersytety - od następnego tygodnia zaczynam zajęcia (teraz są ferie). Nie mogę chodzić na żadne z Erasmusami, ale profesorowie prowadzący wykłady dla "zwyczajnych" studentów, jeśli ich ładnie poproszę, mogą mnie przyjąć jako słuchacza. Zdecydowałam już, gdzie pójdę i teraz tylko czekam na nowy tydzień.
Poza tym wczoraj i przedwczoraj urządzaliśmy sobie wieczorki towarzyskie, podobnie dziś - pójdę najprawdopodobniej na portugalskie spotkanie Couchsurfingowców, żeby poznać więcej ludzi i próbować coś mówić.
Tyle nowości. Lizbona dalej piękna, a ja dalej zachwycona.
Pozdrawiam wszystkich Czytelników!

dużo aniołów